Rodzi­na = miłość = odpowiedzialność

Wszyst­ko to, co na tej zie­mi jest dobre, zaczy­na się od szczę­śli­we­go mał­żeń­stwa i trwa­łej rodzi­ny. Miłość mał­żeń­ska i rodzi­ciel­ska to wska­za­ny przez Boga pierw­szy i naj­lep­szy spo­sób poko­ny­wa­nia samot­no­ści oraz wspól­ne­go wzra­sta­nia w świę­to­ści, czy­li sta­wa­nia się kimś podob­nym do Stwór­cy. To wła­śnie od mał­żeń­stwa i rodzi­ny zale­ży w naj­więk­szym stop­niu to, czy na świat przy­cho­dzą nowi oby­wa­te­le nasze­go kra­ju i w jaki spo­sób wycho­wy­wa­ne jest mło­de poko­le­nie Polaków. 
 

Przyj­ście dzie­ci na świat spra­wia, że mał­żon­ko­wie prze­sta­ją być sami w swo­im domu. Nie mogą już odtąd myśleć wyłącz­nie o sobie czy o swo­ich pla­nach we dwo­je. Zaczy­na­ją two­rzyć posze­rzo­ną wspól­no­tę, zwa­ną rodzi­ną. Poja­wie­nie się potom­stwa dia­me­tral­nie zmie­nia sytu­ację mał­żon­ków oraz ich codzien­ny styl życia. Oby­dwo­je znaj­du­ją się teraz w obli­czu dwóch nie­zwy­kle waż­nych i trud­nych zadań. Po pierw­sze, powin­ni zna­leźć nową rów­no­wa­gę w ich wza­jem­nych rela­cjach. Po dru­gie, muszą pod­jąć się skom­pli­ko­wa­ne­go zada­nia, jakim jest wycho­wa­nie dzie­ci. Zagro­że­nia i trud­no­ści poja­wia­ją się wte­dy, gdy mał­żon­ko­wie — a teraz tak­że rodzi­ce — nie pró­bu­ją lub nie potra­fią w doj­rza­ły spo­sób wypeł­nić tych nowych zadań i obowiązków.

W poszu­ki­wa­niu rów­no­wa­gi mię­dzy miło­ścią mał­żeń­ską i rodzicielską

Zada­nie pierw­sze mał­żon­ków, któ­rzy sta­ją się rodzi­ca­mi to naucze­nie się har­mo­nij­ne­go godze­nia dwóch odmien­nych ról. Z chwi­lą poja­wie­nia się dzie­ci męż­czy­zna uczy się być jed­no­cze­śnie mężem i ojcem, nato­miast kobie­ta uczy się godzić zada­nia żony z obo­wiąz­ka­mi mat­ki. Oby­dwo­je powin­ni zda­wać sobie spra­wę z tego, że przyj­ście na świat dzie­ci nie ozna­cza, iż odtąd prze­sta­ją być mał­żon­ka­mi lub że są teraz mał­żon­ka­mi w jakimś ogra­ni­czo­nym wymia­rze. Kobie­ta — pozna­jąc smak miło­ści macie­rzyń­skiej — nie może prze­stać być żoną. Sta­jąc się mat­ką nie prze­sta­je być kobie­tą i głów­nym punk­tem odnie­sie­nia dla swo­je­go męża. Powin­na zatem w dal­szym cią­gu dbać o sie­bie, o swo­je zdro­wie i swój zewnętrz­ny wygląd. Wie­lu kobie­tom, któ­re sta­ją się mat­ka­mi, gro­zi bowiem ten­den­cja do nad­mier­ne­go sku­pia­nia się na dziec­ku i do „poświę­ca­nia” się dla potom­stwa kosz­tem wię­zi z mężem. Stop­nio­wo docho­dzi wte­dy do utra­ty bli­sko­ści, jaka łączy­ła mał­żon­ków przed naro­dze­niem dziecka. 

 


Doj­rza­łość pole­ga na tym, że mat­ka zda­je sobie spra­wę z tego, iż pozo­sta­je żoną, że ma potrze­bę i pra­wo, by być przez męża nadal dostrze­ga­na w swej kobie­co­ści, obda­rza­na czu­ło­ścią i zain­te­re­so­wa­niem sek­su­al­nym. W prze­ciw­nym przy­pad­ku zacznie coraz bar­dziej tra­cić kon­takt z mężem, a to nie­uchron­nie dopro­wa­dzi do kry­zy­su mał­żeń­stwa. Z kolei kry­zys wię­zi mię­dzy mał­żon­ka­mi utrud­ni czy wręcz unie­moż­li­wi odpo­wie­dzial­ne wypeł­nie­nie zadań wycho­waw­czych wobec dzie­ci. Kobie­ta, któ­ra pró­bu­je peł­nić rolę mat­ki kosz­tem swej wię­zi z mężem, sta­nie się w przy­szło­ści nega­tyw­nym wzor­cem zarów­no dla córek, jak i dla synów. Cór­ki bowiem mogą wte­dy dojść do prze­ko­na­nia, że wycho­dząc za mąż trą­cą coś waż­ne­go ze swo­jej kobie­co­ści oraz ze swo­jej sek­su­al­nej atrak­cyj­no­ści. Z kolei syno­wie mogą uwa­żać, że czu­łość oka­zu­je się kobie­cie jedy­nie przed zawar­ciem małżeństwa. 

Z kolei typo­wym zagro­że­niem dla męż­czyzn w obli­czu poja­wie­nia się potom­stwa bywa ten­den­cja do uchy­la­nia się zarów­no od obo­wiąz­ków męża, jak i od obo­wiąz­ków ojca. Nie­rzad­ko bywa tak, że po począt­ko­wej rado­ści z powo­du poja­wie­nia się syna czy cór­ki, mąż i ojciec zaczy­na zni­kać z domu. Coraz póź­niej powra­ca z pra­cy. Znaj­du­je róż­ne pre­tek­sty, by wyjść z domu po połu­dniu lub wie­czo­rem. Zaczy­na być gościem we wła­snej rodzi­nie. Znam mał­żeń­stwa, w któ­rych mężo­wie zare­ago­wa­li na poja­wie­nie się dziec­ka w taki spo­sób, jak­by zno­wu byli kawa­le­ra­mi. Kie­dy żona zwra­ca­ła uwa­gę mężo­wi, że zanie­dbu­je rodzi­nę, wte­dy naj­częst­szym „uspra­wie­dli­wie­niem” było twier­dze­nie, że on potrze­bu­je po pra­cy ciszy i spo­ko­ju oraz że wycho­wa­nie dzie­ci to obo­wią­zek żony, a nie męża.

Uchy­la­nie się od obo­wiąz­ków męża i ojca spra­wia, że zary­so­wu­je się kry­zys miło­ści mał­żeń­skiej i że poja­wia­ją się coraz więk­sze trud­no­ści w wycho­wa­niu dzie­ci. Pierw­szym bowiem spo­so­bem wyra­ża­nia miło­ści wobec potom­stwa oraz pierw­szym warun­kiem oddzia­ły­wa­nia wycho­waw­cze­go jest fizycz­na obec­ność. Kochać kogoś to być obec­nym w jego życiu. Tak­że fizycz­nie obec­nym. Zasa­da ta naj­bar­dziej odno­si się wła­śnie do mał­żeń­stwa i rodzi­ny. Jeże­li jeden z mał­żon­ków jest prze­ko­na­ny, że kocha współ­mał­żon­ka i dzie­ci, ale nie ma cza­su dla swo­ich bli­skich, nie prze­by­wa z nimi codzien­nie fizycz­nie, uni­ka domu i spo­tkań w krę­gu rodzin­nym, to jego miłość jest pustą dekla­ra­cją. Brak fizycz­nej obec­no­ści w rodzi­nie to brak miło­ści. Miłość kar­mi się obec­no­ścią. Miłość rodzi się, roz­wi­ja i trwa dzię­ki obec­no­ści i poprzez obec­ność. Zro­zu­mia­łe, że obec­ność ta powin­na być dosto­so­wa­na do wie­ku i potrzeb tych, któ­rych kocha­my, do rodza­ju wię­zi, któ­re nas z nimi łączą, do stop­nia odpo­wie­dzial­no­ści, jaką za nich pono­si­my. Zawsze jed­nak naj­bar­dziej inten­syw­na i ofiar­na powin­na być nasza obec­ność dla mał­żon­ka i dzieci.

Kie­dy brak jest w domu codzien­nej, wie­lo­go­dzin­nej i aktyw­nej obec­no­ści męża i ojca, wte­dy nega­tyw­ne kon­se­kwen­cje pono­si nie tyl­ko kobie­ta, ale rów­nież dzie­ci. Dla chłop­ców jest to wiel­ka krzyw­da, bo nie mają oni w takiej sytu­acji wzor­ca i auto­ry­te­tu męż­czy­zny. Sta­ła obec­ność ojca jest potrzeb­na syno­wi, aby ten mógł zoba­czyć i doświad­czyć, co zna­czy być doj­rza­łym męż­czy­zną, co zna­czy być kocha­ją­cym i odpo­wie­dzial­nym mężem i ojcem. Jeśli ojciec jest za mało obec­ny w życiu syna, to taki chło­piec szu­ka wzo­ru męż­czy­zny u kole­gów z uli­cy lub w posta­ciach z pry­mi­tyw­nych fil­mów. W ten spo­sób ryzy­ku­je, że sta­nie się kary­ka­tu­rą męż­czy­zny. Ma poważ­ne trud­no­ści, by zro­zu­mieć wła­sną płeć oraz by doj­rza­le pod­jąć i wypeł­nić pod­sta­wo­we role spo­łecz­ne. Tak­że dla dziew­czy­nek nie­obec­ność czy nie­do­sta­tecz­na obec­ność ojca jest wiel­ką krzyw­dą. Nie pozwa­la im bowiem uwie­rzyć, że są kocha­ne i że zasłu­gu­ją na miłość, sko­ro tata nie ma dla nich cza­su albo sko­ro pie­nią­dze, odwie­dza­nie zna­jo­mych czy jakieś hob­by to coś waż­niej­sze­go niż kon­takt z wła­sną cór­ką. Cór­ki, któ­re nie mia­ły dosta­tecz­ne­go kon­tak­tu z ojcem, dla któ­rych ojciec był nie­obec­ny lub nie­do­stęp­ny, w przy­szło­ści bar­dzo czę­sto mogą zwią­zać się z nie­od­po­wie­dzial­ny­mi męż­czy­zna­mi, gdyż łatwo je oszu­kać i uza­leż­nić emo­cjo­nal­nie. Bar­dzo wcze­śnie szu­ka­ją cie­pła i miło­ści poza domem rodzin­nym, jak­by pra­gnę­ły uzu­peł­nić nie­do­bór miło­ści ojcow­skiej. Cza­sa­mi koń­czy się to popeł­nie­niem wiel­kie­go błę­du życio­we­go, któ­ry rodzi kon­flikt sumie­nia, a tak­że krzyw­dę psy­chicz­ną i moralną.

Typo­we trud­no­ści w wycho­wa­niu rodzinnym

Brak doj­rza­łe­go pod­ję­cia i pogo­dze­nia roli męża i ojca oraz roli żony i mat­ki to nie są jedy­ne zagro­że­nia, któ­re mogą poja­wić się z chwi­lą przyj­ścia potom­stwa na świat. Dru­gie zada­nie, przed któ­rym sta­ją mło­dzi, nie­do­świad­cze­ni rodzi­ce, to odpo­wie­dzial­ne wycho­wa­nie swo­ich dzie­ci i kon­se­kwent­na reali­za­cja przy­ję­tych zasad wycho­waw­czych. Żyje­my w cza­sach, w któ­rych trud­no­ści wycho­waw­cze mają nawet naj­bar­dziej roz­sąd­ni rodzi­ce i jest to zja­wi­sko powszech­ne. Znacz­na część rodzi­ców i wycho­waw­ców patrzy z prze­ra­że­niem na zacho­wa­nie i posta­wę mło­de­go poko­le­nia. Trud­no­ści wycho­waw­cze, z jaki­mi mie­rzą się nie­mal wszy­scy rodzi­ce, nie wyni­ka­ją jed­nak wyłącz­nie z zewnętrz­nych nie­ko­rzyst­nych naci­sków, np. w posta­ci nega­tyw­ne­go wpły­wu rówie­śni­ków, domi­nu­ją­cej mody i oby­cza­jów czy szko­dli­we­go oddzia­ły­wa­nia środ­ków spo­łecz­ne­go prze­ka­zu. Trud­no­ści wycho­waw­cze wyni­ka­ją czę­sto z nie­doj­rza­ło­ści lub z naiw­no­ści samych rodzi­ców. Oni prze­cież nie tyl­ko mogą decy­do­wać o rodza­ju wycho­wa­nia w rodzi­nie, ale tak­że o tym, na ile ich dzie­ci mają pod­le­gać naci­skom czy oddzia­ły­wa­niom innych śro­do­wisk czy insty­tu­cji oraz jakie mają to być śro­do­wi­ska czy instytucje. 

Z moich obser­wa­cji wyni­ka, że wie­lu współ­cze­snych rodzi­ców popeł­nia jaskra­we błę­dy w wycho­wa­niu swo­ich dzie­ci, a mimo to nie wycią­ga­ją oni z tego fak­tu żad­nych logicz­nych wnio­sków. Z poko­le­nia na poko­le­nie poja­wia się ten sam pro­blem. Dzie­ci mają pre­ten­sję do swo­ich rodzi­ców i żal, że ci nie byli ide­al­ny­mi rodzi­ca­mi. Sami więc dekla­ru­ją, że wobec swo­ich dzie­ci będą postę­po­wać zupeł­nie ina­czej niż ich rodzi­ce. I rze­czy­wi­ście tak się dzie­je, z tym, że zwy­kle popeł­nia­ją inne błę­dy, z regu­ły więk­sze i bar­dziej bole­sne niż te, któ­re ewen­tu­al­nie popeł­ni­li ich rodzi­ce. Jeśli ktoś był wycho­wy­wa­ny w atmos­fe­rze nad­mier­ne­go rygo­ru i dys­cy­pli­ny, to sam może mieć ten­den­cję, by być zbyt pobłaż­li­wym dla swo­ich dzie­ci. Nato­miast dziec­ko rodzi­ców pobłaż­li­wych może mieć — słusz­ne zresz­tą — poczu­cie, że jego rodzi­ce za mało się trosz­czy­li o jego los i wycho­wa­nie, a w kon­se­kwen­cji może mieć skłon­no­ści, by być prze­sad­nie opie­kuń­czym wobec swo­je­go potomstwa. 

Obec­nie poja­wi­ła się inna bar­dzo nie­bez­piecz­na ten­den­cja, któ­ra pole­ga na trak­to­wa­niu wię­zi wycho­waw­czej jako rela­cji mię­dzy rów­nie doj­rza­ły­mi oso­ba­mi. W kon­se­kwen­cji współ­cze­śni rodzi­ce to czę­sto ostat­nie poko­le­nie tych, któ­rzy słu­cha­li swo­ich rodzi­ców i pierw­sze poko­le­nie tych, któ­re słu­cha swo­ich dzie­ci. Naj­więk­szy­mi ofia­ra­mi takiej naiw­no­ści współ­cze­snych rodzi­ców oka­zu­ją się wła­śnie te ich ubó­stwia­ne dzie­ci. Nie ma bowiem kry­zy­su dzie­ci i mło­dzie­ży, jeśli nie ma naj­pierw kry­zy­su wśród ludzi doro­słych, począw­szy od rodzi­ców i wycho­waw­ców. Prze­ja­wy kry­zy­su rodzi­ców jako wycho­waw­ców przy­bie­ra­ją obec­nie bar­dzo róż­ne for­my. Do typo­wych błę­dów nale­ży zanie­dby­wa­nie obo­wiąz­ków wycho­waw­czych i pozo­sta­wia­nie dzie­ci bez nale­ży­tej opie­ki czy kontroli. 

W cza­sie sym­po­zjum poświę­co­ne­go pro­fi­lak­ty­ce uza­leż­nień pani psy­cho­log opo­wie­dzia­ła o nastę­pu­ją­cym wyda­rze­niu. Otóż pew­ne­go gru­dnio­we­go wie­czo­ru wra­ca­ła do domu i zoba­czy­ła swo­ją sąsiad­kę sto­ją­cą obok klat­ki scho­do­wej blo­ku, w któ­rym obie miesz­ka­ją. Zanie­po­ko­jo­na zapy­ta­ła zna­jo­mą o powód prze­by­wa­nia na dwo­rze w zim­ny, desz­czo­wy wie­czór. Wte­dy sąsiad­ka wyja­śni­ła, że wła­śnie dzi­siaj jej syn wraz z zapro­szo­ny­mi kole­ga­mi i kole­żan­ka­mi obcho­dzi swo­je dwu­na­ste uro­dzi­ny i zażą­dał, by mama w tym cza­sie cze­ka­ła na dwo­rze i nie prze­szka­dza­ła im w zaba­wie. Pani psy­cho­log wyja­śni­ła sąsiad­ce, że popeł­nia ogrom­ny błąd wycho­waw­czy, ale to zupeł­nie nie prze­ko­na­ło roz­mów­czy­ni. Zde­cy­do­wa­ła się wró­cić do domu dopie­ro wte­dy, gdy roz­mów­czy­ni stwier­dzi­ła, że za chwi­lę zadzwo­ni na poli­cję, aby zgło­sić fakt dra­stycz­ne­go zanie­dba­nia obo­wiąz­ków rodzi­ciel­skich przez jej sąsiadkę. 

Opi­sa­ny przy­pa­dek to jed­nost­ko­wy przy­kład znacz­nie szer­sze­go zja­wi­ska, któ­re pole­ga na kary­god­nym zanie­dby­wa­niu obo­wiąz­ków wycho­waw­czych ze stro­ny rodzi­ców. Po czę­ści jest to rów­nież efekt tok­sycz­ne­go peda­go­gicz­nie, ale mod­ne­go hasła: „rób­cie, co chce­cie”. Pust­kę po nie­obec­nych wycho­waw­czo rodzi­cach mło­dzi wypeł­nia­ją zwy­kle tym, co naj­gor­sze, np. towa­rzy­stwem jesz­cze bar­dziej niż oni sami zanie­dba­nych rówie­śni­ków albo oglą­da­niem tele­wi­zji, któ­ra pre­zen­tu­je zwy­kle tok­sycz­ne wycho­waw­czo programy.

Inny typo­wy błąd współ­cze­snych rodzi­ców to prze­ko­na­nie, że dobro­byt mate­rial­ny stwa­rza naj­lep­sze warun­ki dla wycho­wa­nia mło­de­go poko­le­nia. Sły­sza­łem już z ust wie­lu rodzi­ców wyzna­nie, że ich naj­więk­szym marze­niem jest zapew­nie­nie synom i cór­kom takie­go stan­dar­du życio­we­go i takiej wygo­dy, o jakiej im samym się nie śni­ło. W kon­se­kwen­cji rodzi­ce ci nad­mier­nie poświę­ca­ją się pra­cy zarob­ko­wej, kosz­tem obec­no­ści w domu, kosz­tem miło­ści i wycho­wa­nia. Ich dzie­ci są wpraw­dzie coraz lepiej ubra­ne i mają coraz droż­sze zabaw­ki, ale sta­ją się coraz bar­dziej bied­ne moral­nie, ducho­wo i psychicznie.

Kolej­ny błąd wycho­waw­czy to nie­ste­ty mod­ne obec­nie slo­ga­ny o tak zwa­nym wycho­wa­niu bez­stre­so­wym. Mało kto z rodzi­ców zda­je sobie spra­wę z tego, że ten postu­lat peda­go­gicz­ny opie­ra się na skraj­nie naiw­nym zało­że­niu, iż dzie­ci nie prze­ży­wa­ją żad­nych wewnętrz­nych kon­flik­tów czy wąt­pli­wo­ści i że w związ­ku z tym ich roz­wój powi­nien prze­bie­gać spon­ta­nicz­nie, a to, do cze­go mło­dzi dążą, jest zawsze słusz­ne. Aż trud­no uwie­rzyć, że w XXI wie­ku tysią­ce rodzi­ców i nauczy­cie­li mogą być na tyle bez­kry­tycz­ni, by kie­ro­wać się tego typu uto­pią. Rodzi­ce i inni wycho­waw­cy nie powin­ni być dla wycho­wan­ków źró­dłem stre­su. Mają nato­miast obo­wią­zek uświa­da­mia­nia wycho­wan­kom wszyst­kich popeł­nia­nych przez nich błę­dów. Tak­że wte­dy, gdy wią­że się to z doświad­cze­niem zawsty­dze­nia czy niepokoju.

Rów­nie czę­stym błę­dem wycho­waw­czym ze stro­ny rodzi­ców jest lek­ce­wa­że­nie nega­tyw­ne­go wpły­wu, jaki na ich dzie­ci mogą wywie­rać rówie­śni­cy, gru­py nie­for­mal­ne, cza­so­pi­sma mło­dzie­żo­we, tele­wi­zja, Inter­net, czy dys­ko­te­ka. Przy­kła­dem dra­stycz­nych zanie­dbań wycho­waw­czych jest fakt, że więk­szość pol­skich dzie­ci oglą­da tele­wi­zję dłu­żej niż 4 godzi­ny dziennie. 

Kolej­ny błąd wycho­waw­czy pole­ga na tole­ro­wa­niu u dzie­ci leni­stwa, aro­gan­cji, ego­izmu, wygod­nic­twa, kłam­stwa. Czę­sto nie wie­rzę wła­snym oczom, gdy widzę, z jaką agre­sją, lek­ce­wa­że­niem czy wręcz pogar­dą dzie­ci odno­szą się do swo­ich rodzi­ców, któ­rzy na to zupeł­nie nie reagu­ją. Rów­nie wiel­ką krzyw­dą jest pró­ba wycho­wy­wa­nia dzie­ci w opar­ciu o błęd­ną hie­rar­chię war­to­ści. Część współ­cze­snych rodzi­ców — zgod­nie z absur­dal­nym dyk­ta­tem popraw­no­ści poli­tycz­nej — sta­wia demo­kra­cję czy tole­ran­cję ponad miło­ścią, praw­dą i odpo­wie­dzial­no­ścią. Inni z kolei wyzna­ją zasa­dę, że doraź­na przy­jem­ność jest waż­niej­sza niż sumie­nie czy zdro­wy roz­są­dek. Dla jesz­cze innych rodzi­ców dobro­byt mate­rial­ny jest waż­niej­szy od bogac­twa oso­bo­wo­ści czy od pra­wo­ści cha­rak­te­ru. Błęd­na hie­rar­chia war­to­ści wią­że się zwy­kle z lek­ce­wa­że­niem wycho­waw­czej funk­cji sfe­ry reli­gij­nej oraz z zanie­dba­niem wycho­wa­nia moralnego. 

Wyżej opi­sa­ne zanie­dba­nia w wycho­wa­niu dzie­ci oraz ewi­dent­ne błę­dy wycho­waw­cze, jakie popeł­nia­ją współ­cze­śni rodzi­ce, pro­wa­dzą do bole­snych kon­se­kwen­cji. Zasa­dy libe­ral­ne­go, czy­li skraj­nie naiw­ne­go wycho­wa­nia, przy­no­szą efek­ty w posta­ci coraz więk­szej licz­by alko­ho­li­ków i nar­ko­ma­nów wśród nasto­let­nich chłop­ców i dziew­cząt. Nigdy dotąd nie było tak wie­lu mło­dych, któ­rzy są sła­bi psy­chicz­nie, cier­pią na depre­sję i inne zabu­rze­nia psy­chicz­ne. Nigdy wcze­śniej tak wie­lu mło­dych nie prze­ży­wa­ło nie­po­wo­dzeń szkol­nych czy trud­no­ści z ele­men­tar­nym przy­sto­so­wa­niem spo­łecz­nym. Nigdy wcze­śniej nie było tak wie­le ucie­czek z domu i bun­tów wobec rodzi­ców, któ­re nie­jed­no­krot­nie koń­czą się w sidłach sekt. Sta­ty­sty­ki poli­cyj­ne odno­to­wu­ją sta­ły wzrost agre­syw­no­ści i prze­stęp­czo­ści wśród nie­let­nich. W ostat­nim dwu­dzie­sto­le­ciu kil­ka­krot­nie wzro­sła ilość samo­bój­ców wśród dzie­ci i mło­dzie­ży. Za każ­dym z tych zja­wisk kry­ją się ogrom­ne dra­ma­ty i roz­cza­ro­wa­nia rodzi­ców oraz poraż­ki wycho­waw­ców w szko­łach i innych ośrod­kach wychowawczych. 

Zasa­dy odpo­wie­dzial­ne­go wycho­wa­nia w rodzinie

Naj­doj­rzal­szą reak­cją na wyżej opi­sa­ne zagro­że­nia i trud­no­ści nie jest znie­chę­ce­nie czy poczu­cie bez­rad­no­ści, ale pozna­wa­nie spo­so­bów zapo­bie­ga­nia tego typu zja­wi­skom oraz umie­jęt­ność prze­zwy­cię­ża­nia pro­ble­mów wycho­waw­czych tam, gdzie one się już poja­wi­ły. Ist­nie­ją trzy pod­sta­wo­we warun­ki, któ­re trze­ba speł­nić, aby wycho­wać dzie­ci w spo­sób odpo­wie­dzial­ny i doj­rza­ły. Waru­nek pierw­szy to wza­jem­na miłość rodzi­ców. Waru­nek dru­gi to przy­ję­cie wła­ści­wych celów wycho­wa­nia. Waru­nek trze­ci to dobór odpo­wied­nich metod wycho­waw­czych oraz ich kon­se­kwent­ne sto­so­wa­nie. Przyj­rzyj­my się każ­de­mu z tych trzech warunków. 

Pod­sta­wo­wym warun­kiem osią­gnię­cia suk­ce­sów wycho­waw­czych i sku­tecz­ne­go prze­zwy­cię­ża­nia ewen­tu­al­nych trud­no­ści w tej dzie­dzi­nie jest stwa­rza­nie dzie­ciom kli­ma­tu bez­pie­czeń­stwa, zaufa­nia i rado­ści. A to wszyst­ko moż­na osią­gnąć jedy­nie w kon­tek­ście miło­ści. Rodzi­ce powin­ni pamię­tać, że pierw­szym spo­so­bem wyra­ża­nia miło­ści wobec dzie­ci jest wza­jem­na miłość mał­żon­ków. Dopie­ro w kon­tek­ście doj­rza­łej i wyraź­nie dostrze­gal­nej miło­ści mał­żeń­skiej, dzie­ci mają szan­sę upew­niać się, że są kocha­ne przez rodzi­ców i że mogą być spo­koj­ne o swo­ją przy­szłość. Gdy rodzi­ce są ze sobą skłó­ce­ni, gdy wyrzą­dza­ją sobie nawza­jem krzyw­dę, gdy gro­żą sobie roz­sta­niem i roz­wo­dem, wte­dy ich dzie­ci będą coraz bar­dziej nie­spo­koj­ne, nad­po­bu­dli­we, ner­wo­we, zastra­szo­ne czy agre­syw­ne. Nawet jeśli każ­de z rodzi­ców z osob­na będzie sta­ra­ło się oka­zy­wać czu­łość i zain­te­re­so­wa­nie swo­im dzie­ciom, to i tak ich sytu­acja nie popra­wi się w zasad­ni­czy spo­sób. Dzie­ci czu­ją się kocha­ne i bez­piecz­ne jedy­nie w kon­tek­ście miło­ści mał­żeń­skiej ich rodzi­ców, jak­by wewnątrz tej miłości.

 

(Źró­dło: opoka.orgpl)